Film do obejrzenia: „Podróż na sto stóp”.

W ten weekend to moja małżonka wybierała film do obejrzenia. Trafiło na „Podróż na sto stóp” Lasse Hallströma. Jeżeli nie kojarzycie nazwiska to jest to reżyser bardzo popularnej na przełomie wieków (jak to brzmi ;)) „Czekolady” z Juliette Binoche i Johnny Deppem. Jak się okazało film jest niezwykle wdzięczny i pełny ciepła, ale nie wyprzedzajmy wypadków i zacznijmy od początku.

„Podróż” oparta jest o książkę Richarda C. Moraisa ale z tego co czytałem w internecie odbiega dosyć znacznie od oryginału i jej znajomość nie jest konieczna. A nawet gdy się przeczyta książkę warto obejrzeć ekranizację dla ciekawej interpretacji reżysera.

Dla mnie to opowieść o rodzinie, przyjaźni, miłości, szukaniu siebie oraz przezwyciężaniu swoich słabości i ograniczeń. Wszystko to podane w sposób lekki i przyjemny. Tłem dla wydarzeń jest walka o uznanie w świecie kulinariów. Rodzina restauratorów musi uciekać z Indii po zamieszkach w których zostaje spalona ich restauracja. W pożarze ginie matka głównego bohatera Hassana (Manish Dayal) – jego największy kulinarny autorytet i mentor. To właśnie matka szczepi w nim miłość do gotowania i kształtuje jako kucharza otwartego na świat i nowe doświadczenia. Pod przewodnictwem ojca rodu (w jego rolę wcielił się utytułowany Om Puri) cała gromada tuła się po Europie szukając swojego miejsca na ziemi gdy, całkowicie przez przepadek, trafiają do malowniczego Francuskiego miasteczka. Wiedziony instynktem senior postanawia kupić nieczynną od wielu lat restaurację i pokazać Francuzom piękno Indyjskiej kuchni. Gdzie jest haczyk? Otóż poprzedni właściciele wyjechali ze względu na despotyczną i gotową na wszystko Madame Mallory (niezrównana, nominowana do Złotego Globu Helen Mirren), która prowadzi wykwintny lokal naprzeciwko. Madame Mallory nie może pozwolić sobie na towarzystwo hinduskiej jadłodajni, gdyż walczy o kolejną gwiazdkę Micheline. Restauratorka wypowiada wojnę, która wyzwoli w młodym Hassanie pragnienie zostania najlepszym kucharzem Francji.

Oprócz perypetii rodzinnych i wojny na smaki w filmie obecne są nienachalne wątki miłosne (aż dwa ;)). Uczucia ukazane są bardzo subtelnie przez to opowieść nie zamienia się w żadnym stopniu w tanie romansidło (czego nie lubię w filmach, chyba, że w romantycznych komediach, które oglądam naprawdę rzadko). Wątek zderzenia kultur też został ukazany ze smakiem – wcale nie w myśl współcześnie rozumianej tolerancji i poprawności politycznej – bez zbędnego idealizowania.

Film jest dobrze zagrany- aktorzy wydają się być autentyczni w swoich rolach, a postacie nie są przeciągnięte. Urzeka audiowizualna składowa – piękne widoki, bardzo fajna praca kamery i dobra, nienarzucająca się muzyka. Wszystko to sprawia, że z zapartym tchem śledzi się rozwój wydarzeń i czeka na finał.

Gorąco polecam nie tylko miłośnikom gotowania.

Zdjęcia wykorzystane w recenzji pochodzą z serwisów: Filmweb.pl oraz O.pl
Spodobało się? Polub! Udostępnij!