Recenzja książki: „Słodki zielnik Lary”.

1_zielnik_lara

Ta książka może stać się jedną z najbardziej promowanych książek kulinarnych tej jesieni. „Słodki zielnik Lary” to debiutanckie wydanie Lary Gessler, którą częściej widywaliśmy na ściankach imprez warszawskiej śmietanki towarzyskiej niż w kuchni. Młoda autorka w wywiadach często podkreśla, że chce zapracować na swoje nazwisko sama – nie chce być tylko i wyłącznie kojarzona ze swoją matką. Podobno uczyła się fachu od „najlepszych mistrzów w akademiach kulinarnych oraz restauracjach Londynu i Nowego Jorku”, tak przynajmniej stwierdza się na czwartej stronie okładki. Niestety nie udało mi się znaleźć żadnych szczegółowych informacji na ten temat. W ogóle nic szczególnego o Larze Gessler w internecie nie ma – po za wspomnianymi plotkami z bulwarowych portali i zdawkowych informacji o jej pracy w „U Fukiera” i w „Słodki… Słony”. Czy warto zatem sięgnąć po wydaną przez nią książkę?

Temat wykorzystywania ziół w cukiernictwie wydał mi się niezwykle ciekawy odkąd zobaczyłem zapowiedź „Słodkiego zielnika Lary”. Może nie jest to super odkrywcze – pomimo, że nie przepadam za przygotowywaniem deserów, sam wykorzystuję do nich przyprawy „typowo wytrawne”, chciałem przeczytać książkę poświęconą temu zagadnieniu. Zamówiłem więc ją jeszcze przed premierą i czekałem. Po odpakowaniu paczki pierwsze co rzuca się w oczy to bardzo ładna okładka o przyjemnie chropowatej fakturze, dobrze dobranych kolorach i skromnej, ale przy tym eleganckiej czcionce. Wrażenie psuje wrzucona na siłę łatka z cytatem Kadira Konuka (od 2012 szef kuchni w londyńskim hotelu Metropolitan Hotel by Como) o profesjonalizmie, pasji i pewności siebie Lary. Trochę to dziwne zamieszczać takie głupoty na okładce książki kogoś, kto nie próbuje się wybić na „znajomościach i nazwisku”. Druga rzecz, która przyciąga wzrok to tytuł książki po polsku i po angielsku. Dlaczego dwa tytuły? Otóż dlatego, że „Zielnik” jest wydaniem dwujęzycznym. Nie do końca rozumiem idei – miało być bardziej „światowo”? Dwujęzyczność książki miała podkreślać doświadczenie Lary zdobyte w Londynie? A może po prostu chciano podbić objętość – bo dodanie drugiego języka podwoiło ilość stron? Pewnie wszystko po trochu. Ale dosyć już o pierwszym wrażeniu – czas wreszcie przejść do zawartości.

2_zielnik_lara

Książka podzielona jest na piętnaście rozdziałów. Każdy poświęcony jest jednemu z ziół i rozpoczyna się jego krótkim, wręcz słownikowym opisem okraszonym jakąś historyjką z życia autorki, albo związaną z jej doświadczeniem z daną przyprawą. Muszę przyznać, że wstępy te mogły by być odrobinę dłuższe, bo starają się pokazać stosunek Lary do użytych składników i pozwalają chociaż trochę ją poznać. Niestety nie pasowały mi do tych wstępów encyklopedyczne stwierdzenia pokroju tego, za co w medycynie ceniony jest liść laurowy – „[…] za pomoc w leczeniu migreny, wrzodów, zakażeń grzybiczych i bakteryjnych.” albo też nie miałem zbytniej ochoty na czytanie o żółciopędnych właściwościach czarnuszki zaraz po przeczytaniu miłego fragmentu o małej Larze gotującej z rodzicami. Myślę, że w gotowaniu dodaje się takie zdawkowe ilości opisywanych roślin, że ich właściwości medyczne można było pominąć na rzecz klimatycznych opisów i wprowadzenia czytelnika w odpowiedni do opisywanych dań nastrój.

Zanim przejdę do rzeczy, które mi się w książce podobały muszę wspomnieć o tym co mnie bardzo raziło przez cały czas lektury. Literówki i jakieś takie dziwne „niepolskie” zdania. W przynajmniej jednym przepisie w liście składników nie występował składnik wymieniony w opisie. We wstępie autorka pisze o tym jakie to miała wątpliwości czy podoła jej napisaniu na trzy miesiące przed premierą. Nie jestem specjalistą i z wydawaniem książek nie miałem zbyt wiele do czynienia, ale trzy miesiące to naprawdę mało czasu i uważam, że wydawnictwo Edipresse odrobinkę Larę skrzywdziło. Bo ten pośpiech po prostu widać. I te wszystkie niedociągnięcia naprawdę się kłócą z modnym projektem okładki, ze zdjęciami z fajnie dobranymi czcionkami i ogólnym zamysłem książki. Wielka szkoda.

3_zielnik_lara

Warto powiedzieć, że o ile korekta i redaktor zawiedli to fotograf (Wojtek Affek) stanął na wysokości zadania. Zdjęcia są ładne i bardzo spójne. Jedynie to, że są pociągnięte jakimś dziwnym filtrem, przez co sprawiają wrażenie robionych w pochmurny poranek może powodować lekką melancholię. Podejrzewam, że to był efekt zamierzony – zwłaszcza, że Lara przy okazji wywiadu dla gazety.pl wyznała, że gdy skończy 50 lat chce otworzyć hotel typu bed and breakfast, gdzie będzie robić gościom śniadania, bo woli je od kolacji.

Kwintesencją każdej książki kulinarnej są przepisy – nie ważne jak dobrze lub źle wydana, bez dobrych receptur jest bezużyteczna. I tutaj przechodzimy do największej zalety „Zielnika”. Przepisy zaprezentowane przez Larę są proste, zazwyczaj kilkuskładnikowe. Ale przy tym są „na czasie”, zgodne z obecnymi trendami. Na przykład „Kokosowy pudding chia z czarnuszką i mango”, albo „Koktajl z suszonych śliwek i tymianku”. Tak samo jak i „Biały mazurek z konfiturą morelową bez pieczenia” na pewno trafią w gusta nie tylko blogerów (;)) ale też i po prostu pasjonatów gotowania, którzy śledzą na bieżąco kulinarną modę. Na jedno zioło przypada od dwóch do czterech przepisów co daje łącznie ponad 50 całkiem różnorodnych dań.

Podsumowując – debiut można uznać za udany. Tematyka jest ciekawa. Z książki Lary Gessler można z pewnością zaczerpnąć wiele inspiracji. Mógłbym polecić tę pozycję zwłaszcza osobom bojącym się przypraw i przyprawiania – nie tylko w cukiernictwie i przygotowywaniu deserów, ale ogólnie w kuchni. Autorka podkreśla we wstępie, że chciała by jej książka była świeża i prawdziwa. I taka jest. Osobiście cieszę się, że nie zaczęła swojej, własnej kariery od oklepanego zbioru typowych przepisów na każdą okazję tylko pokusiła się o zaprezentowanie tematu lotnego i aktualnego. Czekam na kolejne publikacje z nadzieją, że będą wydawane w ociupinkę mniejszym pośpiechu.

4_zielnik_lara